+2
zawiert 20 stycznia 2016 20:40
Witajcie,

Ta "relacja" stanie się relacją dopiero za miesiąc, dwa, ale najpierw trochę wstępu. Bohaterów przedstawię później, zdjęcia też, na razie trochę opisu.

Prolog
Wrzesień 2015, Wrocław, Park Tołpy
To było jakiś czas po tym, jak przeczytałem na F4F wątek o zdobywaniu pieniędzy na podróże. Siedzieliśmy z żoną w parku i rozmawialiśmy o naszym ulubionym samochodzie, któremu tylko co zepsuło się sprzęgło. Wymieniać na nowszy? A co jeśli będzie też awaryjny? itd... Tym sposobem doszliśmy szybko do wniosku, że jak dotąd nasze najlepiej wydane pieniądze to te, które wydaliśmy na podróże i wspomnienia, i chcemy ten stan utrzymać. Tylko, że ... rok temu, jak siedzieliśmy w B777 na trasie AMS-KUL, postanowiliśmy, że następna daleka podróż będzie z dziećmi. Tak konkretnie to z całą trójką.

Godzinę później wpadliśmy na szalony pomysł, żeby zabrać na tę wyprawę teściów (tych z relacji o "Mroźnej Sycylii"). Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ale rozmowa przez telefon była zabawna:
Ja: Mamo, myśleliśmy o tym, żeby polecieć z Wami na wakacje. Ale gdzieś dalej, Tajlandia, Malezja, Borneo - co tam się trafi. Zastanówcie się przez tydzień i dajcie odpowiedź, czy mam coś szukać.
Mama (bez chwili zastanowienia): od połowy września jestem wolna i możemy lecieć. (Mama pracuje w szkolnictwie i generalnie nie ma opcji na urlop w czasie roku szkolnego ;))


Wracając do wyjazdu: zanim przemyślałem sobie wszystkie plany i opcje, dobre ceny w BA przestały być dobre i pomysł upadł. Miesiąc (?) później, któregoś wieczoru na F4F wyskoczył HIT czyli Argentyna/Chile z Włoch w bardzo dobrej cenie. Po 15 minutach 5 biletów na trasie MXP-EZE/SCL-MXP było kupionych. Niestety, wybrałem opodo.it, a akurat Ci nie wystawiali biletów od razu, a w poniedziałek rano było już "po ptakach". Ale nakręceni już byliśmy wystarczająco...
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na promocję Qatar. Cena nie powaliła (w stosunku np. do Japonii za 700 zł), ale za to z Warszawy no i na miejscu będzie taniej (tak się nam zdawało).
W końcu zdecydowane - 7 biletów kupionych! Lecimy do Azji, znowu. 18.02 ruszamy z Warszawy na Phuket, wracamy 4.03 z Kuala Lumpur. A skąd 7 osób? Nie nie, spokojnie, mamy tylko trójkę dzieci, ale do naszych przedszkolaków na dokładkę lecą z nami Piotrek i Ania, czyli mój brat z żoną.

Tyle przydługawego wstępu. Wyjazd z dzieciakami (lat 3,4,6) organizacyjnie wymaga pewnych dodatkowych kroków, więc zanim w końcu polecimy, przez najbliższy miesiąc postaram się opisać w dużym skrócie jakie przygotowania robiliśmy, jaki jest plan wycieczki itp.Najważniejsze, to mieć plan

Dla tych Forumowiczów, którzy są jeszcze "przed erą dzieci", drobna wskazówka, która dotyczy zarówno życia codziennego, jak i podróży małych i dużych - najwaszniejszy jest plan. Jeśli myślisz, że jak już będziesz miał dzieci to będzie miło i spotanicznie - zapomnij o tym. To nie działa. Przynajmniej jak masz więcej małych dzieci.

Jak do tego doda się ojca - choleryka, to w zasadzie bez planu nie da rady. Plan ramowy wyjazdu nie będzie niczym odkrywczym na tym forum - w końcu Tajlandia to chyba najmniej egzotyczny kierunek z tych dalekich i w zasadzie co miesiąc możemy przeczytać jakąś relację.

Najpierw trzeba sobie zrobić założenia:
- wyjazd nie będzie wyjazdem 100% plażowym, ale też nie będzie ciągłym zwiedzaniem
- skoro już ciągniemy dzieci na drugi koniec świata, to trzeba im zafundować wspomnienia na całe życie, ale odpowiednie do ich wieku (słonie!)
- raczej nie będziemy szwędać się po (duzych) miastach
- zdecydowanie nie będziemy spać w syfie, wybierając jednak opcję budżetową (o ile się da)

W końcu, po nałożeniu naszych założeń na daty i miejsca wynikające z posiadanych biletów, powstał taki plan:
17.02. Wyjazd z Wrocławia do Warszawy, noc w Warszawie
18.02. Lot WAW-HKT
19.02-21.02 Phuket (ale nie Town), plażowanie gdzieś blisko lotniska
21.02 - kościół na Phuket, prom na Phi Phi
21.02 - 24.02 - Phi Phi, na miejscu jakieś atrakcje
24.02 - prom do Krabi, przejazd do Khao Sok i tam nocleg
25.02 - Khao Sok overnight lake tour czyli wycieczka do parku i spanie w domkach na jeziorze
26.02 - przejazd do Khao Lak i tam nocleg
27.02-28.02 - Khao Lak (i jakieś atrakcje, ale raczej nie Similany)
28.02 - Przejazd na lotnisko HKT, lot na DMK (Bangkok), kościół, nocleg
29.02 - zwiedzanie Bangkoku
01.03 - przejazd do Kanchanaburi, nocleg
02.03 - wizyta u słoni (Elephants World)
03.03 - powrót do Bangkoku, przelot z DMK do KUL, nocleg w KUL w Regalia Apartaments (airbnb)
04.03 - szczypta Kuala Lumpur, wieczorem wylot do WAW
05.03 - powrót do Wrocławia

I mapka:
Image

Tyle ramówki, oczywiście nacisk na targi z jedzeniem i różne inne ciekawe atrakcje. Wiem, że nie wszystko da się przewidzieć, niektóre dni będą dość napięte (np. 03.03 rano wstajemy w Kanchanaburi i musimy dostać się na 13 na lotnisko DMK), pewnie niekiedy z uwagi na maluchy trzeba będzie zmienić plan, ale przynajmniej wyjściowo wygląda to w miarę rozsądnie.

Ponownie, z uwagi na maluchy (i wysoki sezon), wszystkie noclegi będą już zarezerwowane w Polsce, żeby uniknąć poszukiwań na miejscu. Pozostałe "głowne" atrakcje - również. Pozostaje tylko doprecyzować co w miastach (BKK,KUL) i poczytać o atrakcjach na wyspach.

W kolejnej części opowiem już o konkretnych działaniach przygotowawczych - o tym co trzeba zabrać dla dzieci i jak je przygotować motywacyjnie :)Szczepienia

Jest to temat, na który można napisać wiele prac naukowych, nie tylko z zakresu medycyny. Szczepić się przed wyjazdem? A co z dziećmi? Jest to jeden z częściej pojawiających się tematów na tym forum. Z racji firmowego pakietu medycznego mam dostęp do lekarza medycyny podróżnej, więc to co tutaj wypiszę to nie będzie tylko moje "widzimisię", ale przynajmniej raz było skonsultowane.

Z małymi dziećmi jest - o dziwo - łatwiej. Taki mamy w naszym kraju system, że dzieci podstawowy pakiet szcepień muszą dostać i jest to kontrolowane przez państwo. Po konsultacji z lekarzem medycyny pracy wyszło, że poza tymi szczepieniami które mamy (a nie mamy pneumokoków, meningokoków, rotawirusów i niczego "ekstra") to zalecają nam: WZW A oraz dur brzuszny. Przy czym jest to rekmendacja, a nie "koniecznie trzeba szczepić". W ramach tej rekomendacji uznaliśmy, że WZW A warto mieć, i nasze córki już są po pierwszej dawce Havrix Junior (dawki trzeba dać dwie, cena 140 PLN w Medicover Wrocław - to dla szukających i porównujących ceny).

Pozostaje jeszcze jeden temat, czyli malaria. Tutaj lekarz potwierdził, że malarone to byłaby przesada i zalecił fizyczną ochronę, czyli repelenty. Jak to wyjdzie w praktyce, to zobaczymy. Rok temu w Malezji słabo nam szło z tą ochroną i później po powrocie panicznie robiliśmy badania Marcie na malarię (a co jeśli była to denga, której nie szukaliśmy...). No nic - dzieci niczym nie będziemy faszerować. Poza wizytą w Kanchanaburi raczej komary nie będą dużym problemem.
Image

Aha, nasza najstarsza córka jest uczulona na komary, potem napiszę co z tego wynikło na wyjeździe.Odliczamy czas
Ponieważ do wyjazdu zostały 3 tygodnie, pora opowiedzieć o przygotowaniach.

Przygotowanie dzieci
W naszym przypadku sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo nasze gwiazdy mają długie języki, a wyjazd na razie nie jest upubliczniony dla szerszego (rodzinnego) grona. Więc w skrócie - dzieci nic nie wiedzą. Młodsze słyszą, że kiedyś pojedziemy na wakacje. Starsza wie od 3 dni. Ale i tak cała trójka jest podekscytowana - gdy sprwadzaliśmy 3 dni temu stroje do pływania (czy przypadkiem już nie wyrosły ze swoich starych kostiumów) to Ola i Ada się cieszyły, że niedługo pojedziemy na wakacje i tam będzie basen :) (taaak, duży basen).

- Przygotowania motywacyjne zaczęliśmy w Święta Bożego Narodzenia - dzieci dostały pierwszą książeczkę z serii "Nela mała reporterka" (nie mamy telewizora, więc programu w TV nie miały jak poznać). Od tego czasu same proszą, aby czytać im o słoniach, małpach, robakach, żółwiach i dżungli. Strasznie to lubią i wiemy, że spotkanie ze słoniami "na żywo" będzie dla nich wspaniałym przeżyciem.
Image
O samej Neli i książkach/programach dość dobrze napisał @jasiub, więc ja od siebie już nic nie będę dodawał :) Grunt, że książka spełniła swoją rolę.

- Przygotowania zdrowotne w zasadzie omówiłem - szczepionki zaliczone.

- Przygotowania formalne - tutaj musieliśmy wyrobić dzieciakom paszporty. Miła niespodzianka dla kosiadaczy Karty Dużej Rodziny - rabat dla każdego 50%, więc nasze dzieci płaciły po 15 zł za paszport, mniej niż za zdjęcia do tegoż dokumentu.

Transport
Transport mamy przygotowany połowicznie :)
Wiemy jak dojedziemy do Warszawy (najtaniej i najbardziej niezawodnie wyszło mimo wszystko moim samochodem, który mieści 7 osób).
Połączenia samolotowe mamy od dawna kupione. Loty podstawowe Qatar, loty na miejscu (sztuk dwie) - AirAsia. Konkurencja miała lepsze ceny, ale godziny były słabe, więc wyboru nie było, cenowo też słabo te loty namiejscu wypadły, ale co zrobić....
Połączenia promowe na razie mamy nietknięte (i nie wiem czy będziemy rezerwować z wyprzedzeniem, chyba tak, bo to high season).
Połączenia kołowe lokalne - to różnie. Z lotniska na pierwsze spanie mamy łapać TAXI, potem się zobaczy jak dostać się na prom. Z Krabi do Khao Sok mamy załatwiony prywatny bus (3000THB), będzie czekał na nas, z dziećmi wygoda wygrała z ceną. Miła pani Ariane z Khao Lak załatwiła nam niedrogi transport z Khao Sok do Khao Lak i potem na lotnisko HKT. W Kanchanaburi słonie same po nas przyjadą busem. Zostaje więc transport w Bangkoku i Kuala Lumpur, ale to wymyślę za kilka dni i opowiem po wszystkim co z tego wyszło (np. wiem, że w KL z miasta na lotnisko pociąg to mega droga opcja).

Noclegi
Tutaj temat w zasadzie domknięty. Były pewne wątpliwości czy spać w Warszawie przed odlotem (lot mamy o 9 rano z Okęcia), ale w końcu wyszło, że tak.
17.02 - Hotel Gromada Okęcie (za mile Miles&More, i tak nie ma jak ich lepiej wydać)
18.02 - samolot
19.02-21.02 - Micky Monkey http://mickymonkeybeach.com/
21.02-24.02 - Viking Natures Resort PhiPhi (drogo jak diabli) http://www.vikingnaturesresort.com/
24.02 - Khao Sok Riverside Cottages http://www.khao-sok-riverside-cottages.com/
25.02 - na jeziorze, (Overnight Lake Tour)
26.02-28.02 - Khao Lak The Garden http://www.khaolakthegarden.com/
28.02-01.03 - Bangkok, Airbnb (link później)
01.03-03.03 - Kanchanaburi Thai Garden Inn https://www.thaigardeninn.com/en/
03.03 - Kuala Lumpur, Airbnb (link później)
04.03 - samolot, być może hotel w Doha (w trakcie ustalania)
Opinie i ceny podam po powrocie :)

Jedzenie
Nasze dzieci jedzą czasem ładnie, czasem mniej ładnie. Wiadomo, ostre = "ble". Ale z uwagi na to, że na samych Roti i Mango Sticky Rice nie pociągną za długo, od grudnia wdrażamy politykę "zero tolerancji dla grymaszenia na ostrość potraw", w ramach której ich ulubione dania robię w wersji pikantnej. Trochę pomarudzą, wypiją więcej wody, ale zjadają aż miło. A słodki sos chilli (lekko pikantny) to same proszą, żeby im dodać go do potrawy lub na talerz. Może więc nie będzie tak źle? ;)

Zostało jeszcze pakowanie. Plan jest ambitny, bo chcemy (musimy) zabrać się w dwa plecaki - jeden 40l i drugi większy. Tosia dostanie mały plecak do noszenia, młodsze chyba plecaczki na pluszaki, ale efektywnie to ja będę wielbłądem. Wielbłądowi się marzy plecak 60 l., ale jak się nie uda, to trudno weźmiemy 80 l.
Tak czy owak o pakowaniu opowiem ciut bliżej wyjazdu, za kilka dni będziemy robić pakowanie wstępne :)
Jestem jestem.
Prawie wszystko spakowane.
Ada 900g, Ola 1000g, Tosia 1200g, ja 1500g, Marta ciut więcej :)

W tej chwili plecak 60 l. wypełniony do połowy. :)

Zostało dopakowanie dwóch ręczników, kosmetyczki, leków i sprzętu foto-video.

Do tego jeszcze ubezpieczenie podróżne (nigdy nie kupowalismy ale tym razem wolę nie ryzykować), kupno THB w Polsce (ma to sens?), wydruki biletów, rezerwacji itp i jesteśmy gotowi :)



Ada:

Image

Ola:
Image

Tosia:
ImageWyruszamy
Wrocław/Warszawa
Ten dzień jest inny niż zwykle. Po pierwsze, o 17-tej wesoła siedmioosobowa ekipa wsiądzie do naszego espejsa i pomkniemy w (nie)znane, czyli do Warszawy.
Ale jest też drugi powód. To mój ostatni dzień w pracy. Nie ma jak to urlop w trakcie wypowiedzenia... Pomijając osobiste przeżycia (to była moja druga praca w życiu, którą naprawdę lubiłem i szkoda mi trochę było odchodzić, no ale...), to na naszą podróż też to ma wpływ, bo pół godziny przed odjazdem przypominam sobie, że moje trampki, które miały być jedynymi pełnymi butami podczas wyjazdu, zostały w szatni w pracy! Szybki telefon do kolegi z sąsiedniego biurka, uff, jeszcze nie wyszedł, ok, podrzuci mi je w drodze do domu.

Wyruszamy planowo o 17-tej. Przed nami przyjemna droga trasą S8, nieprzyjemny przejazd przez Łódź, i dalej przyjemna A2-ka. Byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie to, że zapomniałem o dwóch Mac'ach na trasie i wpadliśmy na małą przekąskę do parszywego Burger Kinga (never again), oraz to, że przegapiłem zjazd na parking i zrobiliśmy 15km ekstra wokół Okęcia.

Jak już wspominałem wcześniej, zdecydowaliśmy się nie ryzykować i jechać dzień wcześniej z opcją noclegu gdzieś w Warszawie. Z braku lepszych opcji wymieniłem 20.000 mil Miles&More na dwa pokoje w hotelu Gromada, tuż przy Okęciu. Hotel, cóż, lata świetności ma dawno za sobą. Na miejscu okazało się, że jest coś nie tak z moją rezerwacją, że niby nie wiadomo ile dostawek, że dostawki ekstra płatne itp. W końcu miła Pani odpuściła widząc naszą wesołą drużynę, powiedziała, że dzieci do lat 6 są bezpłatnie i jak chcemy, możemy bez dostawek o ile dzieci będą na naszych łóżkach. Nam to też w sumie nie robiło różnicy, więc dzieciaczki zostały ułożone na podłodze/legowisku z kołdry i kocy i tak spokojnie cała rodzina się wyspała - my w jednej dwójce z dzieciakami, Piotr i Ania w drugim pokoju. Grunt, że rano dostaliśmy wszyscy śniadanie, bo wizja posiłków na Okęciu nie była zbyt ciekawa.

Rano okazało się róznież (niestety), że Gromada nie ma transferu na lotnisko. Ja chciałem iść na piechotę, ale reszta rodziny zaprotestowała, i tak połowa ekipy pojechała Uberem, a druga taryfą, która akurat nudziła się pod hotelem. Przejazdy kosztowały podobnie, bo po około 15 zł.
Image
W Gromadzie, czekając na taksówkę

Na Okęciu o tej porze było zaskakująco pusto, więc sprawnie ofoliowawszy folią stretch dwa większe plecaki (folia została użyta przed każdym lotem i nawet wróciła do Polski :)), odpawiliśmy bagaż i przeszliśmy na drugą stronę mocy, by tam umieścić trzy wyspane księżniczki na placu zabaw (w myśl zasady: zmęcz dziecko przed lotem).
Image Image
Selfie w hali odlotów :)

Image
Zmęczanie dzieci

Godzinę później przyszło nam rozpocząć 'boarding', któremu towarzyszyły 'ochy' i 'achy' (a warto w tym miejscu wspomnieć, że z naszej 7-osobowej ekipy tylko 2 osoby miały za sobą loty "normalnymi" liniami, gdzie pojawia się klasa biznes, rozrywka i serwis pokładowy; ok Ada też już tak leciała do Brazylii, ale miała 10 miesięcy i nic nie pamięta :)). Tak więc po wejściu z rękawa do trzyletniego A320 najpierw dało się słyszeć 'och' (to na widok klasy biznes), a potem 'ach' (gdy powiedziałem Ani i Piotrkowi, że my siedzimy w tej tańszej wersji kilka metrów dalej). Lot nieco nam wypadł przydługawo, ale dzieci zniosły go godnie. Qatar stanął na wysokości zadania - każda z dziewczynek dostała na starcie prezent (teczka z kredkami, kolorowankami i innymi skarbami inspirowana grą Monopoly), a potem walizkę koloru fioletowego z ciepłym obiadem (wcześniej, na etapie wyboru miejsc, zaznaczyłem child menu). Resztę załatwiy Jasmina, Roszpunka i Robin Hood i w ten szczęśliwy sposób późnym popołudniem znaleźliśmy się w Doha. (Jedna mała uwaga: nawet jeśli bajek jest dużo, to moje dziewczynki nie znają na tyle dobrze angielskiego, żeby oglądać dowolną z nich. Jak pokazała podróż powrotna, "nowości" znudziły im się po 5 minutach, bo nic nie rozumiały - na szczęście są mało wybredne i każda zaliczyła ten sam film po 2-3 razy). Jak widać dziewczynki (nie tylko te małe), były bardzo zadowolone z tego, co zastały w samolocie :)

Image Image Image Image
Prawie jak w WizzAir :) (zwróćcie uwagę na trzy fotele przy oknie - seans bajkowy trwa w najlepsze)

Image

Po drodze mijamy piękne góry w Turcji, np. to jezioro w kraterze.
Image
Gdzieś nad wschodnią Turcją

Doha
W "tę" stronę mieliśmy na przesiadkę tylko 100 minut, wystarczająco aby zapoznać się z rozkładem lotniska, zwiedzić toalety po kolei z każdą z dziewczynek oraz namierzyć "Family quiet room", który miał być nam potrzebny w drodze powrotnej. Lotnisko w małym remoncie (z tego co się zorientowałem to budują taką kolejkę która będzie jeździła wzdłuż terminala), cała masa sklepów z drogimi rzeczami, mało miejsc, żeby kupć wodę. Burger King, niestety, i dwie inne fast-foodowe knajpy plus dwie kawiarnie - to wszystko, a poza tym to drogie restauracje. Ceny - chyba - porównywalne z Okęciem. Za kawę w tych tańszych kawiarniach wołali od 14 do 20 "ichnich" pieniędzy, czyli mniej więcej tyle samo PLN.
Image
Przerwa w Doha i kończenie prowiantów

W końcu, po zwiedzeniu placu zabaw ("zmęcz dziecko przed lotem" strikes back), pomaszerowaliśmy w stronę bramki C49 gdzie czekał już na nas Deamliner(?).
Tutaj mam pewne wątpliwości, bo wszelkie możliwe serwisy (flightradar i koledzy) twierdzą, że lecieliśmy lot QR842 samolotem B777, natomiast nasz samolot miał na pewno układ 3-3-3, co zdaje się wykluczać B777 (po obejrzeniu fotek w necie na seatguru zdecydowanie to nie był to jednak B787 :().
Ten nieokreślony Boeing zabrał nas w sześciogodzinną podróż na Phuket. Po drodze dzieci dostały torebki z monopoly (takie same jak w poprzednim locie) oraz walizki z ciepłym posiłkiem. Walizki tym razem w kolorze zielonym. Nie muszę dodawać, że do Polski przywieźliśmy większość z tych walizek. Po kolacji wszyscy poszli grzecznie spać. Wszyscy z wyjątkiem sporej ekipy "studentów" z Francji, którzy imprezowali do samego końca, oraz dzieciaka lat ok. 5, również z Francji, którego ojciec nieroztropnie zamiast skłonić do snu, zaspokajał do samego końca grami i filmami, a potem musiał taszczyć nieprzytomne dziecko przez rękaw (cóż, nie słyszał o zasadzie "zmęcz dziecko przed lotem").
I wszystko byłoby w miarę dobrze, gdyby nie masakra paszportowa po przylocie. Otóż, o 6 rano na Phuket przyleciało kilka samolotów. Na pewno coś z Norwegii i coś z Chin. Ta (ponad)godzinka w kolejce po pieczątkę była dla mnie takim pierwszym łykiem Azji (Ania i Piotrek byli delikatnie mówiąc lekko przerażeni) - duszno, śmierdzi, ludzie krzyczą, tłok, nikt nic nie wie. Do tego nasze dziewczyny na chodzie, ale jeszcze śnięte (ich zegar biologiczny mówił "środek nocy") i najkrótsza kolejka posuwająca się najwolniej ze wszystkich. No i te durne kwity wizowe do Tajlandii - musiałem dopisywać nazwę miejsca, w którym się mamy zatrzymać, jakby to było istotne i jakkolwiek weryfikowalne. Ostatecznie około 7:30 było już "po wszystkim" - plecaki szczęśliwie odebrane z taśmy, dzieci obudzone, nic tylko wyjść z lotniska i ruszyć w dalszą podróż.

(Tutaj, proszę o wybaczenie, ale wszyscy byli na tyle padnięci, że nikt nie wpadł na pomysł, aby zrobić jakiekolwiek zdjęcia. Co innego, gdy dotarliśmy do naszego "beach hotelu", ale o tym opowiem w kolejnej części).Phuket
Coś tu nie pasuje
Piątek, 19.02

Jest 7 rano, już jasno. Razem z tłumem zmęczonych lotem i formalnościami wizowymi turystów opuszczamy halę przylotów. Po drodze cała armia nagabywaczy - bus, hotel, prom - czego tylko dusza zapragnie. Ignorujemy pierwszą falę tych "ofert", jedyne co nas interesuje to zdobycie gotówki. Piotr decyduje się na wymianę USD w kantorze (kurs taki sobie), ja wypłacam 20.000THB z bankomatu (kartą z kantoru Aliora w USD), tracąc przy tym 200THB prowizji. Podobno są bezprowizyjne bankomaty, ale jak w Bangkoku kilka dni później poszliśmy do jednego, to zawołał 150THB zamiast 200. Postanowiłem w takim razie ograniczyć wypłaty do minimum. Niestety - większość miejsc, które chcemy odwiedzić, albo nie przewiduje płatności kartą, albo dolicza sobie 3%-5% prowizji, więc w ostatecznym rozrachunku te 200THB w bankomacie też jest do przeżycia.

Otwierają się ostatnie drzwi od terminala i wychodzimy na zewnątrz.

W podróżowaniu jest coś magicznego. Jednym z takich magicznych momentów jest pierwszy kontakt z powietrzem w miejscu, do którego przyjeżdżamy. A w Azji to powietrze jest zupełnie inne. Ciepłe, wilgotne, lekko śmierdzące. Takie, jak zapamiętałem z ostatniej podróży. Zmęczenie znika, podekscytowanie robi swoje.

Rozdzielamy się na podgrupy - Marta ma znaleźć najtańszego busa, ja coś do picia dla dziewczyn. Na lotnisku jednak panuje zmowa cenowa (dobitnie odczuliśmy to w Kanchanaburi, ale o tym za dni kilka) - wszyscy wołają po 1200THB za 15km vanem do naszego 'hotelu'. W końcu jedni godzą się na 1100THB. Nie chce nam się dalej szukać.

Warto na tym miejscu wspomnieć o jednej rzeczy. Transport w Azji potrafi być tani. Taksówki, tuk-tuki, busy itp. Wiele zależy od możliwości negocjacyjnych, wiele od szczęścia i braku naiwności. Niestety, pozycja do negocjacji znacznie ulega pogorszeniu, gdy jedzie się większą grupą - wówczas w krytycznych sytuacjach trzeba zdać się na to co jest i nie wybrzydzać. Czasem nam pomagało tłumaczenie, że wprawdzie 7 osób, ale 3 dzieci. Czasem dzieci jechały bez biletu, ale czasem nie było opcji.

Tak zdecydowanie było w tym przypadku - za 15 km zapłaciliśmy tyle, co tydzień później za 40km, mniej więcej po tej samej trasie. Z tego wszystkiego nawet nie zrobiliśmy zdjęcia w busie (jest tylko filmik), ale rzecz jasna nie było mowy o fotelikach dla dzieci. Ogólnie, kwestia bezpieczeństwa podczas podróży w Tajlandii to temat na osobny wpis i wymaga od rodziców dużo dystansu i zaufania. Porównując ten środek transportu z tymi, którymi jeździliśmy później, i tak ten wypadał bardzo bezpiecznie.

Planując podróż zdecydowaliśmy, że dwa pierwsze dni spędzimy na Phuket, tak aby było to blisko lotniska (żeby się nie tłuc po przylocie kolejne X godzin), żeby było blisko kościoła (lądowaliśmy w piątek, więc dwa dni później musieliśmy i tak być w Phuket Town), i żeby nie było to w tych miejscach, z których Phuket słynie, a które zupełnie nie pasowały do profilu naszej wycieczki. (Koledzy z pracy pytali czy lecę na Phuket ze względu na sex turystykę.... Odpowiadałem, że turystyka owszem, a reszta to jak dzieci pójdą spać :)). W końcu po kilku dniach poszukiwań różnych opcji Marta znalazła Micky Monkey Beach [http://mickymonkeybeach.com] na Mai Khao Beach. I tu znowu konieczne były pewne kompromisy - z uwagi na liczebność naszej ekipy, zarezerwowaliśmy sobie Beachfont Room Villa (czyt. domek 3x3m), młodzi natomiast wybrali Superior Fabric Room (czyt. namiot 2x2m). Miejsce jest dość osobliwe - wciśnięte między drogi resort z jednej strony a nowiutkie 'condo' z drugiej. Czyli, zielone trawniki, masaże, parasolki, ochroniarze; potem Micky; potem znowu zielone trawniki, parasolki, ochroniarze. Sam Micky skromniutki - 2 domki, 5 dużych miotów, bar, kuchnia, jakiś trapez do skakania (900THB za "lekcje").
Dojeżdżamy, wysiadamy z vana, cisza, wszystko pozamykane. No tak, jest 8 rano, ciężko się spodziewać, że będzie recepcja jakaś. Zrzucamy plecaki w jedno miejsce i idziemy na plażę. Czyli zaraz obok.
Image Image Image

Na plaży nie ma nikogo. Bez znaczenia, czy 8 rano, czy 16. Po prostu pusto. Plaża jednak mnie osobiście rozczarowuje, woda nie jest ciepła "jak w wannie" (tak zapamiętałem Koh Lipe), do tego po 3 metrach już jest jej po pas, a po 2 kolejnych po szyję. Słaba opcja dla dzieci. Do tego (w sumie to samo było na PhiPhi) w wodzie jest "coś", co gryzie. Marta twierdzi, że widziała to nawet, jakby takie małe pijaweczki przezroczyste. Po kilkunastu minutach kąpieli skutecznie mnie to zniechęcało. Piotrka za to zniechęciło jeszcze bardziej, bo jego kostka już pierwszego dnia spotkała się z meduzą, co na kilka dni dało mu opuchliznę, a na kilka kolejnych wysypkę (i do dzisiaj ma jeszcze ślad).

W końcu pojawia się obsługa i zaczynamy wakacje od zimnego kokosa. Kolejna rzecz, która zawsze przywodzi mi na myśl wakacje - zimny kokos.
Image
Przed otwarciem recepcji
Image
I po otwarciu recepcji i baru

Przy okazji sprawdzamy kartę tamtejszej "restauracji" i jest hmm.. No właśnie - coś tu nie gra. Pad Thai jako podstawowy wyróżnik kosztuje 180THB, kokos 80THB. Halo halo, przecież miało być tanio! No nic, może coś w okolicy znajdziemy... Zwłaszcza, że Micky proponuje darmowy transfer skuterem z dostawką do "Turtle Village", z którego w okolicy południa korzystamy (słońce jest już tak mocne, że nie da się wysiedzieć na plaży, a cienia brak).

Turtle Village okazuje się niewypałem (poza jadą w siedem osób tym skuterkiem) - jest to sklep samoobsługowy, 2-3 butiki z ciuchami, agencja wycieczkowa i 2-3 drogie knajpy. W okolicy Marriott i inne resorty, więc ceny dostosowane raczej do ich rezydentów. Robimy zakupy (owoce, lody), i wracamy do Micky - nic tu po nas. W sklepie kupujemy też lokalną kartę SIM (150THB) w sieci TrueH oraz pakiet nielimitowanego Internetu za 350THB na 14 dni. Kilka razy ten Internet bardzo nam podczas dalszej podróży pomoże.

Image
Turtle Village

Kącik rad praktycznych: Zupełnie zapomniałem o tym napisać. Dzień przed wyjazdem, we wtorek, Marta poszła do lekarza i dowiedziała się, że ma anginę. Dla tych, co mają dzieci, nie muszę dodawać, że zaraźliwość w rodzinie jest wysoka, więc było ryzyko, że choroba będzie się rozprzestrzeniać już "na wakacjach". Aby zabezpieczyć się na ten przypadek, lekarze wypisali Marcie antybiotyk doraźny (coś zwykłego na penicylinie), drugi antybiotyk za 50zł (jakby nie przeszło po tygodniu), oraz 3 porcje antybiotyku dla trójki dziewczyn (oczywiście też nie pierwszy z brzegu najtańszy, bo warunki przechowywania wykluczyły połowę medykamentów). I w sumie zupełnie niepotrzebnie, bo w Tajlandii nie trzeba recept, a antybiotyk (Amoksycyklina) jest do kupienia w prawie każdej drogerii za ok 100THB za listek. Oczywiście nie namawiam do samodzielnego brania antybiotyków i diagnozowania chorób :) - piszę tylko, że jest taka ewentualność.

Mniej więcej w połowie drogi między Turtle Village, a Micky, mijaliśmy coś, co wyglądało na "food court", a okazało się zbitką ok 10 knajpek, nastawionych na świeże owoce morza i inne rzeczy. Ceny - niestety równie słabe (a już wołanie 120THB za mango sticky rice uważam za zbrodnię). W tym miejscu zjedliśmy pierwszą kolację, płacąc za wszystko 1000THB (dla naszej piątki). Jedzenia było dużo i było pyszne. Ale mogło być tańsze.
Image
Kurczak z warzywami
Image
Kurczak z orzechami nerkowca - kai pad med mamuang (wygląda parszywie, ale było pyszne)
Image
Knajpki
Image
Rachunek - i bądź tu mądry...

Po kolacji bonus - spacer przy zachodzącym słońcu do naszego domu.
Image Image

Sobota, 20.02
Po pierwszej nocy w Tajlandii jesteśmy mądrzejsi o kilka spraw.
Po pierwsze - nawet jak jest klimatyzacja i wszystko pozamykane, to komary i tak dopadną Tosię (Tosia jest uczulona na komary i ma bardzo ostre reakcje alergiczne). Będę musiał pojechać do sklepu i coś kupić.
Po drugie - musimy zreorganizować metodę spania, mamy jeden materac na podłodze jako dostawka i jedno łóżko 2x2m i nie ostatnia noc wypadła słabo.
Po trzecie - wieczorem w Micky było pięknie, dzisiaj musimy tutaj zjeść kolację.

Ten dzień "marnujemy" na plażę. Nigdzie się nie ruszamy, woda, piasek, odpoczynek. A wieczorem - kolacja przy zachodzącym słońcu.
Image
Niestety, jedzenie jest bardzo słabe. Drogo i kiepsko. Do tego obsługa od rana wiedziała, że na 18:30 jest kolacja i co będziemy jeść, a jedzenie dostaliśmy godzinę później (chociaż nie mieli innych klientów). Marta zamawia kraba, jest parszywy.
Image

Nieco rozczarowani kolacją kładziemy dzieci spać - jutro zmiana miejsca. Po zmroku dostajemy z Piotrem misję zdobycia jedzenia na jutro, ze wskazaniem na mango sticky rice i owoce. W tym celu idziemy do "knajpek". Jest godzina 20 i knajpy działają pełną parą. Można wybrać sobie jedzenie, które chce się zjeść. W tym takie coś:
Image
Oraz takie coś (co to za paskudztwo?!):
Image

Niedziela, 21.02
Na niedzielę mamy ambitny plan. Musimy szybko opuścić Micky, dostać się do centrum Phuket Town, pójść na jedyną mszę po angielsku, a potem na 13:00 być już na przystani i płynąć na PhiPhi.

Pakujemy się szybko i zwijamy, żegnając Micky Monkey (niestety, jak się okazało, zapomnieliśmy paru rzeczy, jednak wieczorem już nikt ich nie znajduje - dzwoniłem do nich z PhiPhi).
Image Image Image

Właściciel ośrodka "załatwia" nam van'a do miasta. Chyba za absurdalną kwotę 2000THB. Za bardzo wyboru nie mamy. Po drodze do centrum pytam gościa, czy nie zawiezie nas na przystań (4km od kościoła), ale będzie musiał poczekać. Wycenia tę usługę na 1500THB (1000THB za czekanie). Uprzejmie dziękujemy, jeszcze nie oszaleliśmy.
W Phuket wysiadamy obok 'Surin Circle Clock Tower', zaraz obok tego miejsca mieści się meczet, a tuż za nim kościół katolicki. Mamy trochę czasu do mszy, więc korzystamy z normalnej knajpy i kupujemy śniadanie - ryż i sosy. W końcu! Za dwa pudła ryżu z sosami i jakieś słodycze płacę 100THB. Obok widać jeszcze ślady bo Chińskim Nowym Roku:
Image.
W tym czasie ja idę do apteki kupić wapno i zyrtec (też bez recepty) - Tosia puchnie od komarów, trzeba działać. Rozglądam się też za autobusami na prom, ale nic nie mogę znaleźć.

Po mszy, pod kościołem, jest zimna woda i sok, parafianie nas zapraszają, my nie odmawiamy. Gdy tak stoimy i rozmawiamy, podchodzi do nas opalony facet i zagaduje po polsku. Cześć, skąd jesteście itp. Błażej od 12 lat mieszka na Phuket i "ma tu swój biznes". Przyjechał to Tajlandii po obejrzeniu wiadomego filmu z tegorocznym zdobywcą Oskara i już został. Mówi, że Tajlandia bardzo się zmieniła, że biali ludzie tutaj są traktowani głównie jako chodzące bankomaty. Smutne to trochę. Błażej oczywiście zna tajski i proponuje, że pójdzie kawałek z nami i poszukamy wspólnie transportu. 30 sekund później (nawet nie zdążyliśmy zrobić sobie z Błażejem zdjęcia :() łapie nam tuk-tuka i po tajsku negocjuje cenę z 300THB na 200THB. Po kolejnych 30 sekundach odjeżdżamy w stronę przystani.
Image
Nasz pierwszy tuk-tuk podczas tej podróży

Wpadamy na przystań. Ktoś pyta, czy mam już bilety. Mam, robiłem rezerwację przez Internet. Dorośli 350THB, dzieci (dwoje) 250THB. Płacimy. Rezerwacja jest na 13:30, ale teraz (12:30) też jest jakiś prom, możemy płynąć jak chcemy. Odnoszę wrażenie, że dzieci niekoniecznie musiały płacić, ale cóż, zachciało mi się rezerwacji przez Internet to mam. Jeszcze obowiązkowe naklejki ("być jak kurczak"?) i wsiadamy. Prom jest duży, ludzi mało, lokujemy się pod pokładem. Czeka nas 2h podróży, dzieci pewnie zasną. Po 15 minutach płyniemy, puszcza ją jakiś durny firm na DVD (coś jak pastisz Fast and Furious), dziewczyny śpią. Obudzą się na Phi Phi.
Image
Jak już wszyscy wsiądą, załoga przykrywa bagaże plandeką, więc nic nie ma prawa wylecieć za burtę ani też się zmoczyć w razie deszczu

Image Image Image ImagePhi Phi
Trzy dni w raju
Niedziela, 21.02.

Około godziny 15-tej nasz prom przybija to przystani na Tonsai Beach. Jesteśmy na Phi Phi - w końcu. W dość sporym tłumie ruszamy przed siebie i tutaj mała niespodzianka - opłata 20THB. Na szczęście płacą tylko dorośli :)
Po uiszczeniu podatku od turystów szukamy naszego transportu. Viking Natures Resort napisał mi w mailu, że ktoś na przystani będzie na nas czekał. Owszem, nie tylko na nas i nie tylko z Vikinga. Na przystani aż roi się od pracowników różnych resortów, którzy wyłapują swoich klientów.
Pan od Vikinga mówi, że trzeba 20 minut poczekać na longtaila. Rodzina zostaje, ja biegnę kawałek w miasto po coś do jedzenia. I w końcu mam to co chciałem - opór knajpek i bardzo przyjemne ceny. Kupuję 2 Pad Thai-e na wynos i jakieś dwa dania z ryżem. 160THB za wszystko.
Image
Czekamy na longtail boat

W końcu zabierają nas na longtaila. Z daleka już widać plażę przy Viking Natures Resort, ale longtail tam nie dopływa (z uwagi na odpływ i niski poziom morza), tylko cumujemy przy Long Beach. Potem wszystko odbywa się bardzo szybko: 5 chłopaczków z Vikinga zabiera nasze plecaki i biegnie w stronę recepcji. My - bez bagaży - za nimi. Piotrek stara się dotrzymać im kroku aby nie tracić plecaków z pola widzenia, za to naszym dziewczynkom coś nie pasuje i idą bardzo powoli. Aby dostać się z Long Beach do Vikinga trzeba sforsować przejście między plażami po kamieniach, a w zasadzie po głazach. Ada zaczyna płakać (fakt, kamienie są dość spore jak dla niej), na co przybiega jeden z tragarzy i zabiera Adkę na ręce. Za chwilę drugi wpada po Olkę. Tym sposobem udaje nam się dotrzeć na recepcję. W tym miejscu mam deja-vu, tak samo było rok temu na Koh Lipe - drink powitalny, odbiór klucza i już pracownicy zanoszą nasze bagaże (i nasze dzieci) do naszego pokoju.

O samym Vikingu nie będę się tutaj za długo rozpisywał - nie jest to tania atrakcja, ale naszym zdaniem warta swojej ceny. Biorąc pod uwagę to wszystko, co przeczytałem o Phi Phi (unikać, tłumy, imprezy), to rzeczywistość okazała się być o wiele, wiele lepsza. Przy resorcie są dwie małe plaże - jedna przy recepcji/restauracji, druga bliżej "centrum", przy domkach na drzewie. Do tego jest zejście na Long Beach, więc tak naprawdę plaże są trzy. Niestety, na dwóch z nich (tej przy recepcji i Long Beach), dno jest pełne kamieni i szczątków rafy - dzieciom się to nie spodobało, ja mam do dzisiaj 10cm bliznę na stopie po tym jak zaryłem w jakiś ostry kamień. Na terenie ośrodka jest restauracja, nie pomnę teraz cen, ale były na akceptowalnym poziomie i był dość spory wybór jedzenia. Śniadania w Vikingu to osobna sprawa - w zależności od domku dostaje się "talon" na 3,4,5 rzeczy. Piotrek i Ania mieli zwykły domek na drzewie, więc dostali 2x4dania, my mieliśmy deluxe room, więc dali nam 3x5dań. Przy czym "danie" to: owsianka, jajecznica, tost z dżemem, owoce, zupa ryżowa. Szału nie ma :/
Jeśli komuś nie odpowiada restauracja Vikinga, trzeba iść do centrum. Jest ścieżka wzdłuż plaży, mi przejście zajęło 15-20 minut, dzieciaczki wiadomo, dłużej. Zawsze można też wziąć longtail taxi, ale 100THB/os nie jest wcale a wcale atrakcyjną opcją.

Na Phi Phi, jeszcze zanim tam przyjechaliśmy, mieliśmy w planie wykupić wycieczkę połączoną z snorklowaniem. Niestety, już pierwsza przejażdżka longtailem z przystani do Vikinga pokazała przerażenie i "śmierć w oczach" naszych najmłodszych córek. Cóż, skoro tak, to potrzebna była szybka zmiana planów. Piotrek z Anią zostaną z maluchami, a Tosia z rodzicami pojedzie na "half day" trip. Ceny takich wycieczek na Phi Phi to 350THB/os, czasem z jedzeniem, czasem bez. My decydujemy się wynająć prywatnego longtaila, nie wiemy jak nam z Tosią pójdzie ten wyjazd a na prywatnym longtailu będziemy mieć więcej swobody. Pierwszego dnia idę wieczorem w stronę centrum poszukać jakiegoś transportu. Ceny są różne, za private boat pojawiają się spore rozpiętości. W końcu, może nie najtaniej, ale blisko Vikinga, znajduję łódkę za 1500THB - 3h half day trip. Niestety, przepłacamy, a do tego okazuje się, za z 3h zrobiło się 2:15h.

Rano, po śniadaniu, Tosia, Marta i ja biegniemy na nasz half-day trip, a Ola i Ada zostają na plaży. Okazuje się, że plaża przy Vikingu najbardziej wysunięta na zachód jest wprost idealna dla małych dzieci - nie ma kamieni ani niczego innego w wodzie, a do tego jest płytko na kilkanaście metrów wgłąb morza. Dzieciaczki w takim razie będą miały miły dzień nad wodą, a my tym czasem ruszamy naszym longtailem. Nie będziemy płynąć na Phi Phi Leh (mniejsza wyspa), mamy za to odwiedzić 3 zatoczki na zachodnim brzegu Phi Phi Don. Już po pierwszych 10 minutach wiemy, że pozostawienie maluchów na brzegu to była dobra decyzja - fale są dość spore i mocno rzuca longtailem, zdarza się nawet, że dziób "nagle" opada ponad metr w dół. Olcia by chyba umarła ze strachu na takiej wyprawie.
Image
Tośka zadowolona, do momentu wejścia do wody oczywiście

Pan zabiera nas najpierw do miłej, małej, ukrytej zatoczki (chyba Nung Long Bay). Niestety tak szybko jak tam wpływamy, tak szybko wypływamy. Nie ma postoju, nie ma snorklowania. Płyniemy dalej i docieramy na Monkey Beach. Małpek ok 30, piasek - bajka. Marta mówi, że jak idealnie zrobione pure ziemniaczane. Mamy tutaj trochę czasu, więc robimy pierwsze podejście do snorklowania, jednak Tosia nie chce za bardzo współpracować - marudzi że maska ją ciśnie, nie wie co zrobić z rurką. Chwilę jeszcze się bawimy w wodzie i ruszamy dalej. Po kolejnych kilkunastu minutach dopływamy do trzeciej zatoczki, gdzie na głębokiej wodzie mamy snorklować. Marta wskakuje do wody, a ja próbuję nakłonić Tosię do współpracy - niestety, jak widać dla naszego 6-latka zbyt wiele rzeczy jest nowych i ostatecznie zaliczamy totalną klapę - Tosia nie lubi wody, a jeszcze rurka, maska, kamizelka - to o wiele za dużo jak dla niej. Trudno - mała wraca na łódkę, a my z Martą chwilę pływamy. Generalnie to szału nie ma - jakieś podwodne kamienie i jeden gatunek rybek. Tylko tyle i aż tyle. Po kilkunastu minutach wsiadamy na longtaila, a nasz sternik zawraca w stronę, z której wyruszyliśmy. Czyżby koniec? Tak, niestety, wracamy. Gdy zbliżamy się do plaż na Phi Phi proszę go o podrzucenie do Vikinga, chyba tyle może zrobić. Słabo to wypadło - atrakcja za droga, za krótka, niewypał :)
Image
Młodsze dziewczynki na swojej prywatnej plaży

Resztę dnia spędzamy na błogim nicnierobieniu - dziewczynki padają jak muchy do spania, my też korzystamy z popołudniowego relaksu. Pod wieczór idziemy na Long Beach (bo znowu jest low tide), gdzie za 100THB/os (ździerstwo) bierzemy longtail do "centrum". Niestety, to są blaski i cienie podróżowania z małymi dziećmi - gdybyśmy chcieli iść na piechotę, zmęczyłyby się w połowie drogi i byłoby marudzenie i jęczenie. W centrum, standardowo - lody/shake na start i idziemy szukać miejsca do jedzenia. Przy okazji wysyłamy pocztówki do Polski (dotarły po ok 10 dniach). Knajpek jest oczywiście na pęczki, ale my znajdujemy w bocznej uliczce coś, co widokiem odstrasza, ale zapowiada się smacznie i tanio. Zjadamy tutaj pyszne jedzenie, przy okazji możemy się przyglądać jak młodzi Tajowie sortują i przygotowują kokosy do dalszej sprzedaży (kokos na straganie obok kosztuje 20THB).
Kilka zdjęć z centrum:
Image Image Image

Dodaj Komentarz

Komentarze (90)

zawiert 21 stycznia 2016 08:38 Odpowiedz
Najważniejsze, to mieć planDla tych Forumowiczów, którzy są jeszcze "przed erą dzieci", drobna wskazówka, która dotyczy zarówno życia codziennego, jak i podróży małych i dużych - najwaszniejszy jest plan. Jeśli myślisz, że jak już będziesz miał dzieci to będzie miło i spotanicznie - zapomnij o tym. To nie działa. Przynajmniej jak masz więcej małych dzieci.Jak do tego doda się ojca - choleryka, to w zasadzie bez planu nie da rady. Plan ramowy wyjazdu nie będzie niczym odkrywczym na tym forum - w końcu Tajlandia to chyba najmniej egzotyczny kierunek z tych dalekich i w zasadzie co miesiąc możemy przeczytać jakąś relację. Najpierw trzeba sobie zrobić założenia:- wyjazd nie będzie wyjazdem 100% plażowym, ale też nie będzie ciągłym zwiedzaniem- skoro już ciągniemy dzieci na drugi koniec świata, to trzeba im zafundować wspomnienia na całe życie, ale odpowiednie do ich wieku (słonie!)- raczej nie będziemy szwędać się po (duzych) miastach- zdecydowanie nie będziemy spać w syfie, wybierając jednak opcję budżetową (o ile się da)W końcu, po nałożeniu naszych założeń na daty i miejsca wynikające z posiadanych biletów, powstał taki plan:17.02. Wyjazd z Wrocławia do Warszawy, noc w Warszawie18.02. Lot WAW-HKT19.02-21.02 Phuket (ale nie Town), plażowanie gdzieś blisko lotniska21.02 - kościół na Phuket, prom na Phi Phi21.02 - 24.02 - Phi Phi, na miejscu jakieś atrakcje24.02 - prom do Krabi, przejazd do Khao Sok i tam nocleg25.02 - Khao Sok overnight lake tour czyli wycieczka do parku i spanie w domkach na jeziorze26.02 - przejazd do Khao Lak i tam nocleg27.02-28.02 - Khao Lak (i jakieś atrakcje, ale raczej nie Similany)28.02 - Przejazd na lotnisko HKT, lot na DMK (Bangkok), kościół, nocleg29.02 - zwiedzanie Bangkoku01.03 - przejazd do Kanchanaburi, nocleg02.03 - wizyta u słoni (Elephants World)03.03 - powrót do Bangkoku, przelot z DMK do KUL, nocleg w KUL w Regalia Apartaments (airbnb)04.03 - szczypta Kuala Lumpur, wieczorem wylot do WAW05.03 - powrót do WrocławiaTyle ramówki, oczywiście nacisk na targi z jedzeniem i różne inne ciekawe atrakcje. Wiem, że nie wszystko da się przewidzieć, niektóre dni będą dość napięte (np. 03.03 rano wstajemy w Kanchanaburi i musimy dostać się na 13 na lotnisko DMK), pewnie niekiedy z uwagi na maluchy trzeba będzie zmienić plan, ale przynajmniej wyjściowo wygląda to w miarę rozsądnie.Ponownie, z uwagi na maluchy (i wysoki sezon), wszystkie noclegi będą już zarezerwowane w Polsce, żeby uniknąć poszukiwań na miejscu. Pozostałe "głowne" atrakcje - również. Pozostaje tylko doprecyzować co w miastach (BKK,KUL) i poczytać o atrakcjach na wyspach.W kolejnej części opowiem już o konkretnych działaniach przygotowawczych - o tym co trzeba zabrać dla dzieci i jak je przygotować motywacyjnie :)
seby 21 stycznia 2016 10:29 Odpowiedz
Cześć, może odpowiedź mimochodem padnie w następnej części, napisz jakie szczepienia wybieracie dla dzieci i może jaki charakter mają dzieci (spokojne/nie może usiedzieć w miejscu/ciągle pytające itd itd), łatwiej będzie podstawić swoje w miejsce jednego z Twoich trzech, bo trochę jednak będziecie się przemieszać.
maarcin1938 21 stycznia 2016 10:39 Odpowiedz
Zapowiada się fajna relacja !Na forum zdecydowanie przewazaja relacje z dalekich podrozy bez dzieciakow, a fajnie bedzie poczytać jak to jest juz z maluchami :)Predzej, czy pozniej temat dotknie większości - ja zdecydowanie czekam na relacje :)
kamwad 21 stycznia 2016 11:09 Odpowiedz
Super :P Świetnie, że (prawdopodobnie) pokażesz, iż dzieci nie są przeszkodą w podróżowaniu, a the more the merrier. Czekam na dalszy ciąg :ugeek:
olir1987 21 stycznia 2016 11:17 Odpowiedz
święte słowa z dziećmi nie da się wszystkiego zrobić bez planu;) czekam z niecierpliwością
dialam 21 stycznia 2016 11:26 Odpowiedz
super! kibicuję :) z trójką to już niezły wyczyn musi być - mi czasem przy dwójce brakuje rąk ;)
zawiert 21 stycznia 2016 13:02 Odpowiedz
Hej, cieszę się, że jest zainteresowanie tematem :)@seby: O szczepieniach będzie za kilka dni, w sekcji przygotowania.Dla ciekawskich podam dane techniczne dzieci:Tosia (6 l.) jest energiczna i nudzi się jednym zajęciem po 5 minutach :)Ola (4 l.) jest bardzo spokojna, dasz jej puzzle to będzie przez 2h je układała.Ada (3 l.) to młodsza wersja Tosi, tylko że nudzi się po 1 minucie i z Adą będzie najwięcej zabawy. Wprawdzie Ada była z nami w Brazylii, ale wtedy miała 10 miesięcy i to zupełnie inna bajka.Generalnie to dzieci testowaliśmy już kilka razy samolotowo w zeszłym roku (Sycylia, Barcelona, Majorka) i nie jest tak źle. W samolocie czasem bywa ciężko im usiedzieć, ale na szczęście dziewczyny są typem lokomocyjnego śpiocha, więc może szybko pójdą spać. Do tego hmm... stosujemy własną wersję bezstresowaego wychowania (tzn. dzieciom nie musi być zawsze wygodnie i po ich myśli, byleby rodzice się nie stresowali), co owocuje dość dobrą dyscypliną. Po swoich znajomych, którzy mają dzieci w podobnym wieku, widzę, że u nas to całkiem nieźle działa i mogło by być dużo gorzej.Co do samego lotu, tutaj świadomie podjęliśmy dwie decyzje. Lot "na raz" odpadł - sam leciałem AMS-KUL/KUL-AMS i to była masakra (za długo). Stąd wybór na QR i przesiadkę w Doha (w jedną stronę 2h, w drugą, niestety, 8h w nocy - jeszcze na to nie mam koncepcji...)Druga decyzja niestety nie jest na rękę mi czy żonie, ale trudno, nie musimy się trzymać za ręce całą drogę - usadziliśmy się parami: okno-dziecko-rodzic-wolneokno-dziecko-rodzic-wolneokno-dziecko-ciocia-wujekJak widzicie, fakt, że brat z żoną lecą z nami troszkę ułatwia sprawę. Gdyby jednak tej opcji nie było, ja bym na siebie wziął dwie starsze, a najmłodsza byłaby z żoną.
popcarol 21 stycznia 2016 14:33 Odpowiedz
Będę podglądać, szacunek :) ja z jedną 9latką czasem mam dośc;)
marscha 21 stycznia 2016 20:14 Odpowiedz
Kierując się podobną zasadą co w tytule postu, w ubiegłe wakacje z trojką naszych dzieci( 11, 8 i 1,5 roku) zrobiliśmy dwutygodniową podróż trasą Bangkok-Koh Samui-Krabi-Bangkok , podobnie lecąc Quatar z Warszawy, przy okazji zaliczyliśmy pogotowie i szycie nosa najmłodszego uczestnika wycieczki ( wypadek na basenie), ogólnie, pomimo tego zdarzenia były to wakacje życia, szczepiliśmy się dodatkowo tylko na wzw A,czekamy z niecierpliwością na relację i będziemy kibicować
zawiert 25 stycznia 2016 08:44 Odpowiedz
SzczepieniaJest to temat, na który można napisać wiele prac naukowych, nie tylko z zakresu medycyny. Szczepić się przed wyjazdem? A co z dziećmi? Jest to jeden z częściej pojawiających się tematów na tym forum. Z racji firmowego pakietu medycznego mam dostęp do lekarza medycyny podróżnej, więc to co tutaj wypiszę to nie będzie tylko moje "widzimisię", ale przynajmniej raz było skonsultowane.Z małymi dziećmi jest - o dziwo - łatwiej. Taki mamy w naszym kraju system, że dzieci podstawowy pakiet szcepień muszą dostać i jest to kontrolowane przez państwo. Po konsultacji z lekarzem medycyny pracy wyszło, że poza tymi szczepieniami które mamy (a nie mamy pneumokoków, meningokoków, rotawirusów i niczego "ekstra") to zalecają nam: WZW A oraz dur brzuszny. Przy czym jest to rekmendacja, a nie "koniecznie trzeba szczepić". W ramach tej rekomendacji uznaliśmy, że WZW A warto mieć, i nasze córki już są po pierwszej dawce Havrix Junior (dawki trzeba dać dwie, cena 140 PLN w Medicover Wrocław - to dla szukających i porównujących ceny). Pozostaje jeszcze jeden temat, czyli malaria. Tutaj lekarz potwierdził, że malarone to byłaby przesada i zalecił fizyczną ochronę, czyli repelenty. Jak to wyjdzie w praktyce, to zobaczymy. Rok temu w Malezji słabo nam szło z tą ochroną i później po powrocie panicznie robiliśmy badania Marcie na malarię (a co jeśli była to denga, której nie szukaliśmy...). No nic - dzieci niczym nie będziemy faszerować. Poza wizytą w Kanchanaburi raczej komary nie będą dużym problemem.
amphi 25 stycznia 2016 09:46 Odpowiedz
W zeszłym roku zimą nie było komarów w Kanchanaburi i okolicach (a byliśmy z dzieckiem w okolicach typowo wodnych - Elephants World, spanie na chacie-tratwie na rzece, park narodowy Erewan). Ocenialiśmy ryzyko na b. niskie, więc nawet nie braliśmy pod uwagę farmakologicznej ochrony przed malarią.
jasiub 25 stycznia 2016 18:30 Odpowiedz
Wyprzedzę Cię o kilka dni, jadę z dzieciakami (Piotrek 5,5l i Hania 2,5l) 05.02-23.02. Plan zwiedzania mamy inny, więc ciekawie będzie porównać wrażenia :) Co do szczepień - zrobiliśmy dzieciom WZW A i na środę mamy zapisane na dur, nad którym się zastanawiam czy warto:) Wy jak rozumiem odpuściliście?
zawiert 25 stycznia 2016 19:15 Odpowiedz
Wiesz. Dur to 230 pln. My nie mamy. Więc opcja deluxe to ponad 1000 pln dla całej rodziny. W drodze kompromisu wole budżetowo wydać te pieniądze na Elephants World. Zmusimy młodzież do jedzenia po tajsku to wszystkie robale im chilli wypali :)
zawiert 28 stycznia 2016 13:56 Odpowiedz
Odliczamy czasPonieważ do wyjazdu zostały 3 tygodnie, pora opowiedzieć o przygotowaniach.Przygotowanie dzieciW naszym przypadku sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo nasze gwiazdy mają długie języki, a wyjazd na razie nie jest upubliczniony dla szerszego (rodzinnego) grona. Więc w skrócie - dzieci nic nie wiedzą. Młodsze słyszą, że kiedyś pojedziemy na wakacje. Starsza wie od 3 dni. Ale i tak cała trójka jest podekscytowana - gdy sprwadzaliśmy 3 dni temu stroje do pływania (czy przypadkiem już nie wyrosły ze swoich starych kostiumów) to Ola i Ada się cieszyły, że niedługo pojedziemy na wakacje i tam będzie basen :) (taaak, duży basen). - Przygotowania motywacyjne zaczęliśmy w Święta Bożego Narodzenia - dzieci dostały pierwszą książeczkę z serii "Nela mała reporterka" (nie mamy telewizora, więc programu w TV nie miały jak poznać). Od tego czasu same proszą, aby czytać im o słoniach, małpach, robakach, żółwiach i dżungli. Strasznie to lubią i wiemy, że spotkanie ze słoniami "na żywo" będzie dla nich wspaniałym przeżyciem.- Przygotowania zdrowotne w zasadzie omówiłem - szczepionki zaliczone.- Przygotowania formalne - tutaj musieliśmy wyrobić dzieciakom paszporty. Miła niespodzianka dla kosiadaczy Karty Dużej Rodziny - rabat dla każdego 50%, więc nasze dzieci płaciły po 15 zł za paszport, mniej niż za zdjęcia do tegoż dokumentu.TransportTransport mamy przygotowany połowicznie :)Wiemy jak dojedziemy do Warszawy (najtaniej i najbardziej niezawodnie wyszło mimo wszystko moim samochodem, który mieści 7 osób).Połączenia samolotowe mamy od dawna kupione. Loty podstawowe Qatar, loty na miejscu (sztuk dwie) - AirAsia. Konkurencja miała lepsze ceny, ale godziny były słabe, więc wyboru nie było, cenowo też słabo te loty namiejscu wypadły, ale co zrobić....Połączenia promowe na razie mamy nietknięte (i nie wiem czy będziemy rezerwować z wyprzedzeniem, chyba tak, bo to high season).Połączenia kołowe lokalne - to różnie. Z lotniska na pierwsze spanie mamy łapać TAXI, potem się zobaczy jak dostać się na prom. Z Krabi do Khao Sok mamy załatwiony prywatny bus (3000THB), będzie czekał na nas, z dziećmi wygoda wygrała z ceną. Miła pani Ariane z Khao Lak załatwiła nam niedrogi transport z Khao Sok do Khao Lak i potem na lotnisko HKT. W Kanchanaburi słonie same po nas przyjadą busem. Zostaje więc transport w Bangkoku i Kuala Lumpur, ale to wymyślę za kilka dni i opowiem po wszystkim co z tego wyszło (np. wiem, że w KL z miasta na lotnisko pociąg to mega droga opcja).NoclegiTutaj temat w zasadzie domknięty. Były pewne wątpliwości czy spać w Warszawie przed odlotem (lot mamy o 9 rano z Okęcia), ale w końcu wyszło, że tak.17.02 - Hotel Gromada Okęcie (za mile Miles&More, i tak nie ma jak ich lepiej wydać)18.02 - samolot19.02-21.02 - Micky Monkey http://mickymonkeybeach.com/21.02-24.02 - Viking Natures Resort PhiPhi (drogo jak diabli) http://www.vikingnaturesresort.com/24.02 - Khao Sok Riverside Cottages http://www.khao-sok-riverside-cottages.com/25.02 - na jeziorze, (Overnight Lake Tour)26.02-28.02 - Khao Lak The Garden http://www.khaolakthegarden.com/28.02-01.03 - Bangkok, Airbnb (link później)01.03-03.03 - Kanchanaburi Thai Garden Inn https://www.thaigardeninn.com/en/03.03 - Kuala Lumpur, Airbnb (link później)04.03 - samolot, być może hotel w Doha (w trakcie ustalania)Opinie i ceny podam po powrocie :)JedzenieNasze dzieci jedzą czasem ładnie, czasem mniej ładnie. Wiadomo, ostre = "ble". Ale z uwagi na to, że na samych Roti i Mango Sticky Rice nie pociągną za długo, od grudnia wdrażamy politykę "zero tolerancji dla grymaszenia na ostrość potraw", w ramach której ich ulubione dania robię w wersji pikantnej. Trochę pomarudzą, wypiją więcej wody, ale zjadają aż miło. A słodki sos chilli (lekko pikantny) to same proszą, żeby im dodać go do potrawy lub na talerz. Może więc nie będzie tak źle? ;)Zostało jeszcze pakowanie. Plan jest ambitny, bo chcemy (musimy) zabrać się w dwa plecaki - jeden 40l i drugi większy. Tosia dostanie mały plecak do noszenia, młodsze chyba plecaczki na pluszaki, ale efektywnie to ja będę wielbłądem. Wielbłądowi się marzy plecak 60 l., ale jak się nie uda, to trudno weźmiemy 80 l. Tak czy owak o pakowaniu opowiem ciut bliżej wyjazdu, za kilka dni będziemy robić pakowanie wstępne :)
kamwad 28 stycznia 2016 14:01 Odpowiedz
To jest genialny wątek :-) Dostarcza mi tyle uśmiechu na twarzy :-)
dialam 28 stycznia 2016 15:58 Odpowiedz
pakowanie największym wyzwaniem :mrgreen: lecimy wkrótce podobną trasą, jak planowałeś (mamy MXP-AEP/SCL-LHR) z 2 maluchów, planuję wziąć forclaza 40l i 2 małe plecaki (wszystko jako podręczny Wizz), w tym pieluchy i mleko dla małego :lol: przynajmniej na powrót będzie pusto :lol: trzymam kciuki za wasze przygotowania :D
zawiert 28 stycznia 2016 17:18 Odpowiedz
Targalismy pieluchy do Brazylii. 1/3 dużego plecaka. Szkoda zabawy :)
dialam 28 stycznia 2016 17:55 Odpowiedz
zawiert, jakąś połowę paczki, tak na 3 dni ;)
foxten 28 stycznia 2016 23:24 Odpowiedz
Genialnie się czyta! Nasza podróż z 1 dzieckiem to nic przy tym co Wy robicie - super, będziemy się uczyć :)Wróciliśmy miesiąc temu z Tajlandii (tylko kilka dni na miejscu) z 14 miesięcznym dzieckiem. O szczepieniach przypomnieliśmy sobie dość późno, więc mała poza "standardem" nie miała nic, ani WZW A ani duru brzusznego. Jadła z nami: ryż, zupy, warzywa, drobne kawałki mięsa.Może dodatkowo też Wam się to przyda:- na komary, dla małej zakupiliśmy w internecie naturalny, bio - inscect repellent - Effitan. Sami używamy muggi - ale nie chcieliśmy jej tym smarować (oczywiście na miejscu środki z DET są do wyboru do koloru). Nie miała ani jednego ugryzienia.- pieluchy dostępne na miejscu w większych marketach, my zaopatrzyliśmy się w Tesco. W niektórych 7/11 też można dostać- jeżeli potrzebujecie kaszki dla jakiegoś malucha - z tym lekki problem, długo nam zeszło nim coś wyszukaliśmy, a i cenowo drożej niż w PL; mleko w proszku dostępne w supermarketach. Mają też "owoce w tubkach".- Viking Natures Resort PhiPhi - mieliśmy okazję spać tam 3 noce z małą, w najtańszej wersji. Moskitiera z pojedynczymi dziurami - mogą się więc przydać np. spinacze do bielizny. Komary są - ale nie ma tragedii.
olir1987 29 stycznia 2016 15:01 Odpowiedz
już lubię waszą relację, no i wielbłąda któremu marzy się plecak 60Lpiszcie jak to idzie dalej;)ja póki co próbuję się zorganizować na wyjazd z 3 latkiem i 9-miesięczną córą, ten pierwszy typ opozycjonisty na każdym kroku...;p
zawiert 2 lutego 2016 23:16 Odpowiedz
Jutro jedziemy do Decathlonu uzupełniać braki sprzętowe (a kupno spodni z odpinanymi nogawkami dla 3-latka to niezła zagwozdka) i wieczorem robimy pakowanie wstępne. Dam znać czy będę dromaderem czy baktrianem :)
asiasz 6 lutego 2016 14:48 Odpowiedz
I jak na froncie? Leżysz zemdlony pod plecakiem, skoro się nie odzywasz ? :-)
zawiert 11 lutego 2016 08:02 Odpowiedz
Jestem jestem.Prawie wszystko spakowane.Ada 900g, Ola 1000g, Tosia 1200g, ja 1500g, Marta ciut więcej :)W tej chwili plecak 60 l. wypełniony do połowy. :)Zostało dopakowanie dwóch ręczników, kosmetyczki, leków i sprzętu foto-video.Do tego jeszcze ubezpieczenie podróżne (nigdy nie kupowalismy ale tym razem wolę nie ryzykować), kupno THB w Polsce (ma to sens?), wydruki biletów, rezerwacji itp i jesteśmy gotowi :)...z tapatalka...
michal24 11 lutego 2016 08:13 Odpowiedz
THB w Polsce nie ma sensu. Kup USD bądź EUR i tam sobie wymień.
maps 11 lutego 2016 08:14 Odpowiedz
Kup USD, jest trochę lepszy przelicznik.
zawiert 11 lutego 2016 08:49 Odpowiedz
Chyba racja z tymi dolarami. Za 1000thb we Wrocławiu muszę dać 130PLN. Za 130PLN mam w tym samym kantorze 33USD.Wg internetu 33USD na lotnisku Phuket przy prowizji 2.5% daje 1136THB....z tapatalka...
maps 11 lutego 2016 09:08 Odpowiedz
W Tajlandii na lotniskach są z reguły słabe kursy, lepiej wymieniać w jakimś banku "na mieście".
michal24 11 lutego 2016 09:20 Odpowiedz
i uważaj aby Ci starych nie wcisnęli bo ci nie wymienią.
seby 19 lutego 2016 14:59 Odpowiedz
Krzaków nie rozszyfruje ale z kwot obstawiam że to obiad 4 dania (tylko dorośli jedli :D) + picie ?
asiasz 19 lutego 2016 19:25 Odpowiedz
No to miłego wypoczynku. Notuj wszystko pilnie dla czekających na relację.
zawiert 20 lutego 2016 08:43 Odpowiedz
seby napisał:Krzaków nie rozszyfruje ale z kwot obstawiam że to obiad 4 dania (tylko dorośli jedli :D) + picie ?2x sataje, papaya salad, 2x makaron seafood, 4x szejki, 1kokos. Jedzenia dużo za wiele jak dla nas i dzieci:). Problem w tym, że tutaj w okolicy jest tylko nasz budżetowy lokal i same drogie resorty, więc nie ma z czego wybierać. ...z tapatalka...
duskraider 20 lutego 2016 10:04 Odpowiedz
No raczej sporawo zaplaciliscie. Poszukajcie gdzie jedza miejscowi jest znacznie taniej i lokal moze gorzej wygladac ale jedzenie bedzie pyszne napewno. Albo mozecie jesc przy straganikach na ulicy tam tez tanio.
seby 20 lutego 2016 10:22 Odpowiedz
@duskraider , @zawiert jest teraz na Mai khao beach, tam jest ciężko z lokalnym jedzeniem, jest tam za to bardzo dużo hotely ala resortów z bezpośrednim dostępem do plaży dalej od typowego miasta.
zawiert 20 lutego 2016 11:55 Odpowiedz
Tak potwierdzam. Miejsce wybrane celowo z uwagi na bliskość lotniska i spokój (plaża długa na parę kilometrów a ludzi może 20-30 osób w polu widzenia. Fakt nudno... ale nie wiedzieliśmy jak dzieciaki zniosą lot. Jutro zmieniamy miejscówkę....z tapatalka...
michal24 20 lutego 2016 12:26 Odpowiedz
duskraider napisał:No raczej sporawo zaplaciliscie. Poszukajcie gdzie jedza miejscowi jest znacznie taniej i lokal moze gorzej wygladac ale jedzenie bedzie pyszne napewno. Albo mozecie jesc przy straganikach na ulicy tam tez tanio.Pytanie do autora tematu, czy w tych rejonach Phuket są takie miejsca straganowe bo w moich najbliższych planach chciałbym wybrać się do Holiday Inn który jest blisko Twojego obecnego miejsca.
fortuna 22 lutego 2016 11:08 Odpowiedz
super! bawcie sie dobrze cala rodzinka, z pewnoscia zapamietacie ten wyjazd do konca zycia!powodzenia!
pawo 24 lutego 2016 15:04 Odpowiedz
Hej,z tym SPF +75 to na serio??My lecimy za 2 tygodnie ( w teorii ma być zatem jeszcze goręcej niż teraz),i przygotowanie mam na razie SPF 20 i 10 :D ale jak faktycznie tak pali słońce to muszę zacząć poszukiwania +50 .Jak z komarami teraz? Czekam na dalsze zdjęcia i informacje :)
jasiub 24 lutego 2016 15:22 Odpowiedz
Wróciliśmy przedwczoraj. Używaliśmy SPF30 i się trochę spiekliśmy. Na miejscu mozna kupić niveę, ale dużo drożej niż u nas. W miejscach odwiedzanych przez nas komarów dużo nie było (Chiang Mai i okolice, Koh Samui).
zawiert 26 lutego 2016 08:01 Odpowiedz
No i noc na jeziorze w Khao Sok za nami. Komarów BRAK! Z tym słońcem to serio operuje strasznie, ale mamy taka karnację że i nad Bałtykiem nas pali i kremy 30 i więcej to norma. Teraz mamy tutejszą nivee 50 za 640thb na PhiPhi i wczoraj problemu nie było, a dzisiaj słońca brak i trochę pada.O overnight lake tour napiszę później, na szybko to powiem że w tym zestawie dziecięcym bym tego nie powtórzył.Do listy rzeczy zaginionych doszły jedyne długie spodnie Tosi, które się wiatr porwał do jeziora. Tym sposobem w Bangkoku czeka mnie poszukiwanie trekingowych spodni z odpinanymi nogawkami w rozmiarze 128. :/...z tapatalka...
duskraider 26 lutego 2016 08:49 Odpowiedz
@zawiert Jezeli w BKK bedziecie podczas weekendu pojedzcie sobie na Chatuchak market :) tam bez problemu kupisz chyba co chcesz i fajna zajawka ogolnie. bo to miejsce jest ogromne i ciekawe :) takze latwo sie tam dostac bo jest obok stacji BTSpozdr
zawiert 26 lutego 2016 09:25 Odpowiedz
@duskraider dzięki za radę. Nie wiem czy czasowo ogarniemy. Na DMK lądujemy ok 14, musimy się dostać na Asok gdzie mamy mieszkanie, a na 16:30 idziemy do kościoła nieopodal ambasady USA. No chyba że targ działa też wieczorem.A tak przy okazji - jest sens planować rejon świątyń/pałaców na niedzielę wieczór, czy tam to tylko za dnia się chodzi. ...z tapatalka...
jasiub 26 lutego 2016 09:37 Odpowiedz
Targ działa do 18 w sobotę i niedzielę. Pod naciskiem żony spędziliśmy tam całą sobotę. 10000-15000 stoisk, tłum masakra, ceny po negocjacjach dość niskie (przy głównych ciągach komunikacyjnych wyższe). Koło targu można nieźle i tanio zjeść, jest też miły park z placem zabaw (obowiązkowy punkt dla moich dzieci). Dojazd najszybszy BTS, w okolicy targowiska korki były olbrzymie więc taksówka to średni pomysł.
zawiert 27 lutego 2016 09:41 Odpowiedz
No i jesteśmy po jednym dniu w Khao Lak. Masakra. Co nas pokusiło żeby tu się pakować :(Jesteśmy w Bang Niang. 90% ludzi tutaj to Niemcy 50+. Jest Bavaria Steakhouse, co chwilę Bundesliga Live, schnitzel mit kartoffeln i takie klimaty. Plaża słaba, w nocy gorzej niż na PhiPhi - muzyka na żywo z "tamtych lat" i motocykle/samochody hałasujące do północy. Do tego poranna atrakcja czyli żółwie wypadła marnie, a wieczorne lekcje gotowania właśnie nam odwołali. Jak żyć?...z tapatalka...
zawiert 28 lutego 2016 04:32 Odpowiedz
No i opuszczamy niemieckie klimaty. Wieczorem zaliczyliśmy bazar i sataje za 10thb zrobiły furorę. Jadalnych robali nie sprzedawali, najbardziej odjechane były pieczone świńskie ryje, ale nie było na nie amatorów. Wstyd przyznać, ale niskie ceny pysznego jedzenia doprowadziły mnie do znanego ze Świąt stanu "zdecydowanie za dużo zjadłem, muszę się położyć".Teraz pora na Airasia, przetestuję 7 kart pokładowych na jednym smartfonie....z tapatalka...
zawiert 28 lutego 2016 04:35 Odpowiedz
I zagadka na niedzielę: na co Adka (3 l.) mówi "Patrzcie, domek Jasminy" (księżniczki Disneya)...z tapatalka...
zawiert 3 marca 2016 08:43 Odpowiedz
I już formalnie jesteśmy poza Tajlandią. Pieczątki wbite w paszporty, lekki stres z bagażem, ale ostatecznie za 5 minut boarding na lot AK885. Żegnaj Tajlandio, do zobaczenia wkrótce....z tapatalka...
michal24 3 marca 2016 09:08 Odpowiedz
Wracajcie zdrowo. Parę pytań pojawi się z mojej strony, tylko trochę odpocznijcie.
asiasz 3 marca 2016 09:45 Odpowiedz
To juuuż? Ale ten czas leci. Szczęśliwej podróży. I szybko pisz dokładną relację, bo tu sępy ( np. ja) czekają na szczegóły i informacje :-)
bozenak 5 marca 2016 14:01 Odpowiedz
Podziwiam i stawiam mało popularne pytanie. Czy jest sens targać tak małe dzieci na taką poniewierkę? I proszę o odpowiedz autora a nie innych czytelników:)Albo inaczej, czy byś to powtórzył?
zawiert 6 marca 2016 07:25 Odpowiedz
No i już jesteśmy w domu. Lot do WAW starawym A321 wypadł słabo, ale za to później bez problemów dotariśmy do Wrocławia. Od wyjścia z noclegu w KUL do wejścia do domu we Wrocławiu wyszło łącznie hmm 38h (ale to mało miarodajne bo po drodze jeszcze było małe zwiedzanie KL i nocka w DOH)@bozenak - rozpiszę się więcej na ten temat pod koniec relacji właściwej, za kilka dni. Tak, powtórzył bym to z dziećmi, ale równie chętnie pojedziemy gdzieś bez nich ;)...z tapatalka...
beataoh 6 marca 2016 13:03 Odpowiedz
bozenak napisał:Podziwiam i stawiam mało popularne pytanie. Czy jest sens targać tak małe dzieci na taką poniewierkę? I proszę o odpowiedz autora a nie innych czytelników:)Albo inaczej, czy byś to powtórzył?Wiem, wiem, mialo nie być odpowiedzi innych osob...Bylismy z trzyletnią coreczką w Azji południowo-wschodniej przez 6 tygodni Tajlandia-Malezja_Singapur). Na dodatek w porze deszczowej: lipiec- sierpień. Było bosko!Mimo, że ala miala anginę i dostała antybioyk, zdrowotnie nie bylo innych problemow. Pewnie, czasem ją wymęczylismy, ale nigdy się nie skarżyła i generalnie byla zachwycona.Nawet byliśmy na trekingu w dżungli Pamięta tamtą podroż do dzisiaj. Powtorzyliśmy wyjazd ( trasa inna choć dwapanstwa te same: Tajlandia_MalezjaBali), gdy miala 5 lat. Marzymy o następnym
bozenak 7 marca 2016 19:32 Odpowiedz
zawiert napisał:.... ale równie chętnie pojedziemy gdzieś bez nich ;) ...z tapatalka... :D :D ;) Czekam na relację :) BeataOH, no właśnie skoro wiesz............. ;)
zawiert 8 marca 2016 20:46 Odpowiedz
Zdjęcia już się sortują, a ja tymczasem "na brudno" zaczynam kreślić relację. Jeszcze odrobinę cierpliwości.
maxima0909 11 marca 2016 10:03 Odpowiedz
Czekam z niecierpliwością :)
dialam 11 marca 2016 10:40 Odpowiedz
super :) czekam na ciąg dalszy :)
seby 11 marca 2016 11:00 Odpowiedz
Stawiam że to był Boeing 777-200LR (B77L) http://www.seatguru.com/airlines/Qatar_ ... -200LR.phpczasami lata na tej trasie:Qatar Airways 842QTR842 · "Qatari"19:44 AST05:44 ICT (+1)Duration: 5 hours 59 minutespiątek, 29 styczeń 2016Status Arrived 5 weeks ago. (track log & graph)Aircraft Boeing 777-200LR/F (twin-jet) (B77L – photos)
zawiert 11 marca 2016 11:38 Odpowiedz
Chyba musiał być to 777-200LR, chociaż wszystkie flightrackery twierdzą, że -300. Na pewno był 3-3-3 i na pewno system rozrywki był z 777. Ale i tak był w miarę świeży, pamiętam 777 z KLM to były dość już "zużyte".
niva 12 marca 2016 14:05 Odpowiedz
zawiert napisał:Oraz takie coś (co to za paskudztwo?!)To paskudztwo to skrzypłocz (horseshoe crab). Organizm tak dziwny i fantastycznie przystosowany do wszystkiego, że w prawie niezmienionej formie żyje na Ziemii już jakieś 450 milionów lat. Za taki wyczyn paskudztwu należą się przynajmniej minimalne ilości szacunku :mrgreen: Jego niebieska krew jest bardzo przydatna w medycynie
brzemia 13 marca 2016 12:34 Odpowiedz
Czy tylko ja mam wrazenie ze @zawiert nie jest zadowolona z wyprawy? Noclegi kiepskie, jedzenie kiepskie, morze kiepskie (jakies robactwo), dzieci chore...Mam nadzieje ze pozniej bylo lepiej.
michal24 13 marca 2016 13:08 Odpowiedz
Czekam z pytaniami na koniec recenzji bo Phuket i okolice mają być rodzinną wyprawą 2017r. Proszę o więcej.
zawiert 13 marca 2016 15:22 Odpowiedz
@brzemia - 1) wrażenie mylne, spokojnie, relacja się rozkręci. Wyjazd bardzo udany, już chcemy się pakować i znowu gdzieś lecieć. 2) zawiert jest płci męskiej3) dzieci były zdrowe przez cały wyjazd, nie liczę komarów bo to uczulenie przywiezione z kraju. Jedzenie jak na tamtejsze warunki kiepskie w pierwszej miejscówce, potem było dużo lepiej. Generalnie proszę o cierpliwość.@michal24 Mam plan najpierw opisać, na ile potrafię, co było, i co się działo, a na końcu zrobić takie małe podsumowanie: koszty, choroby, porady dla dzieciatych itp. Co do Phuket, to Błażej (który tam mieszka), mówił, że oczywiście nie Patong Beach, ale też nie Mai Khao (gdzie my trafiliśmy) tylko polecał południe Phuket. Nam zabrakło czasu na tamte strony, głównym celem "plażowania" była Koh Phi Phi, o której napiszę ok wtorku.
asnahtful 13 marca 2016 15:38 Odpowiedz
zawiert napisał:Co do Phuket, to Błażej (który tam mieszka), mówił, że oczywiście nie Patong Beach, ale też nie Mai Khao (gdzie my trafiliśmy) tylko polecał południe Phuket.A co myślisz o samym Phuket Town jako miejscu na nocleg?
zawiert 13 marca 2016 15:57 Odpowiedz
Zależy o co pytasz:Phuket jako wyspa to temat bardzo rozbudowany. Na wakacje z dziećmi to raczej nie, bo albo masówka, sex turystyka, kluby, albo drogie resorty. Do tego moim zdaniem zachodnie wybrzeże (a byłem na plażach obok lotniska i w Khao Lak) jest słabe, mało rajskie - fale, szybko robi się głęboko.Phuket jako miasto - nie mam zdania :), byłem tam 4h, ale raczej to jest tylko punkt przesiadkowy. Zrobić zakupy, zjeść i uciekać dalej. Podobno "centrum" jest dobrze skomunikowane z plażami, więc może nocleg w centrum i dojazdy na plaże, ale chyba by mi się nie chciało.
michal24 13 marca 2016 18:05 Odpowiedz
Nie byłem ale powiem: Kamala, Karon to są plaże spokojne i ciekawe (wg. tego co czytałem)
aniqa 14 marca 2016 10:01 Odpowiedz
mi relacja bardzo się podoba, mimo, że to dopiero początek ;)są szczerze opisane odczucia, a nie tylko ach! i och! jak tam cudnie :)jestem pod wrażeniem wytrzymałości dzieci, super, że tak współpracowały, to jednak małe dzieciaki są!zdjęcia śpiących dzieciaków mnie rozbrajają!czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!
michal24 16 marca 2016 23:16 Odpowiedz
zawiert - nie chcę pośpieszać ale nalegam na dalszy ciąg! :)
zawiert 17 marca 2016 00:45 Odpowiedz
Wybaczcie, rano spróbuję......z tapatalka...
michal24 18 marca 2016 18:16 Odpowiedz
Dziwny zbieg okoliczności, ponieważ ja też byłem na koh Lipe i teraz mam zamiar udać się właśnie na PhiPhi i okolice. Zachęciłeś mnie tą miejscówką: Viking Nature Resort, czy miałeś czas wybrać się na północ wyspy, jak tam wyglądają plaże?
zawiert 19 marca 2016 17:11 Odpowiedz
@michal24 - nie, nie zwiedzaliśmy wyspy. Mało czasu - to raz. Dwa - był straszny upał, więc mimo tego, że z Viking'a obok naszego domu wychodziła ścieżka na "View Point" - darowaliśmy sobie. Myślę, że można by tam miło pospacerować.
bozenak 1 kwietnia 2016 20:27 Odpowiedz
Twoi towarzysze za to zdjęcie w Lexusie chyba cię ubiją:)
aniqa 21 kwietnia 2016 08:35 Odpowiedz
to czekamy :D
ara 21 kwietnia 2016 08:52 Odpowiedz
Quote:nawet jak jest klimatyzacja i wszystko pozamykane, to komary i tak dopadną Tosię (Tosia jest uczulona na komary i ma bardzo ostre reakcje alergiczne). Będę musiał pojechać do sklepu i coś kupić.@zawiert powiedz mi bo nie wiem czy to dobrze rozumiem - nie mieliście nic ze sobą :?
zawiert 21 kwietnia 2016 09:22 Odpowiedz
@ara potwierdzam, nic z Polski na alergię nie braliśmy (bo w domu mamy tylko resztkę Rupafinu, a jakoś nie przyszło nam do głowy żeby ekstra coś kupić po wizycie u alergologa)Wszystkim oburzonym wyjaśniam: nie jesteśmy wariatami i zabraliśmy sporo leków, które miały ratować nasze dzieci z różnych kłopotów. Alergia Tosi na komary nie działa tak jak alergia na jad pszczół (niektórzy muszą mieć szybko podany zastrzyk po ukąszeniu). Po prostu Tosia puchnie, na twarzy to najbardziej widać. Nie skarży się na ból, znosi to godnie jak na dość przewrażliwionego medycznie 6-latka (np. zastrzyków boi się panicznie). Byliśmy z tym w PL u lekarzy parę razy, ale nic mądrego nie poradzili. Zyrtec, Rupafin - to przerabialiśmy i ciężko mi powiedzieć, jak bardzo to pomaga. Wapno też dajemy. Nie wiem co by było, gdybyśmy nie dawali.Ale wracając do tajskich klimatów - nie ma co wieźć tego z Polski w jakichś kosmicznych ilościach, bo zyrtec kupi się łatwiej niż wapno, a inne specyfiki myślę, że spokojnie w każdej aptece bez recepty.A jak ktoś już bardziej chce wiedzieć co z tym uczuleniem, to dodam, że rok temu zrobiliśmy testy alergiczne, i wyszło, że bardziej niż na komary (poziom 3) Tośka jest uczulona na białko jaja kurzego (poziom 4), po którym nie ma żadnej reakcji alergicznej. I bądź tu mądry, rodzicu.
sofizmat 21 kwietnia 2016 09:35 Odpowiedz
A ja z niecierpliwoscia czekam na relacje z Elephants' World - tez tam bylam, na dodatek z dzieckiem, ktore wtedy mialo jakies 2 lata (nie bardzo chciala wspolpracowac ze sloniami ;))
ara 21 kwietnia 2016 09:55 Odpowiedz
@zawiert nie oburzam się ;) nie mam dzieci ale powiem z własnego doświadczenia, że w takim przypadku (jak wiecie, że jest reakcja alergiczna), to koniecznie miejcie coś pod ręką, ja biorę na co dzień hitaxę a w razie czego mam ze sobą encorton. Przy alergii nigdy nie masz pewności jak silna będzie reakcja w kontakcie z alergenem (choćby ze względu na ich różnorodność - można różnie reagować na komary w Pl oraz np. w Brazylii czy gdzieś tam indziej). Doświadczyła tego siostra mojej koleżanki, która mając alergię na banany jadła kilkukrotnie bananową kaszkę czy coś w tym rodzaju (biedronkowy produkt) i nigdy nic jej po tym nie było a jeden raz (pierwszy z resztą w życiu) wpadła we wstrząs anafilaktyczny, cudem i na prawdę w ostatniej chwili dziewczynę odratowali :? dlatego przestrzegam i polecam mieć coś przy sobie, żeby w sytuacji krytycznej nie szukać apteki... nie zawsze też jest pod ręką ;) btw puchnięcie na twarzy to wcale nie takie hop siup...
swinka 9 czerwca 2016 08:41 Odpowiedz
Hej,Świetna relacja! Wybieram się do Tajlandii w lutym i Elephants World to dla mnie obowiązkowy punkt programu. Wprawdzie będziemy też w Chang Mai ale tyle już widziałam fantastycznych zdjęć z Kanchanaburi że raczej tam się wybierzemy [SMILING FACE WITH HEART-SHAPED EYES]Wysłane z mojego SM-G531F przy użyciu Tapatalka
bozenak 24 lipca 2016 21:38 Odpowiedz
8-) czekam:)
kamwad 3 sierpnia 2016 12:01 Odpowiedz
Fantastyczne. Gratulacje! :-)
rafal-szczech 4 sierpnia 2016 11:13 Odpowiedz
super bardzo mi się podobało. Pozdrawiam
ara 4 sierpnia 2016 12:44 Odpowiedz
super :) nie wierzę że to już koniec!chyba tak przeciągałeś celowo, żeby za tydzień zacząć kolejną relację :P
zawiert 4 sierpnia 2016 17:11 Odpowiedz
Co do słoni to tak: rezerwowaliśmy wcześniej przez sieć, żeby mieć dograny transport z hotelu do słoni. Po nas przyjechali ok. 30km do samego Kanczanaburi (jazda pickupem też była niezłą frajdą). Nie chcieli zaliczki. Na miejscu można płacić kartą, mają terminal w środku niczego - ja płaciłem USD z Kantoru Aliora. Nasz hotelik (Garden) był jako taki przygotowany na słonie, bo mieli o nich dużo prospektów, książkę, album z imionami słoni itp, więc co do zasady pewnie da się na miejscu coś załatwić. "Pojemność" turystyczna samego ośrodka jest duża, spokojnie 30-40 osób dziennie mogą przyjąć. Moim zdaniem nie warto brać nocki, cena duża, a niewiele więcej się przeżyje.
bozenak 4 sierpnia 2016 21:05 Odpowiedz
To się cieszę, że jednak było warto :D :D . Podziwiam - ja mam jedną córkę , którą też wszędzie targamy ze sobą ale 3 Agentki to już jest wyzwanie 8-) Szkoda, że Wam Meksyk nie wypalił :| . Już czekam n Wasz następny wyjazd i relację.
michal24 4 sierpnia 2016 21:26 Odpowiedz
zawiert napisał:Moim zdaniem nie warto brać nocki, cena duża, a niewiele więcej się przeżyje.Ja właśnie wyczytałem wiele opinii że warto, zupełnie inny klimat jak większość gości wyjedzie. Trzeba było by poszukać osobę która miała nockę. Też się nad tym zastanawiam czy z czy bez, bo cena na 2017 rok właśnie opcji z nocką drastycznie wzrasta.
amphi 5 sierpnia 2016 09:00 Odpowiedz
My byliśmy na programie jednodniowym i wyjeżdżając trochę było żal, że nie zostaliśmy o jeden dzień dłużej. Niby dwudniowy program jest znacznie droższy, nie jest bardziej atrakcyjny od względem możliwych aktywności, noclegi podobno takie sobie, ktoś pisał, że ludzie są zostawieni nieco samym sobie, ale zwyczajnie jest więcej czasu na to unikalne doświadczenie. Więc jeśli jeszcze kiedyś tam wrócimy (a marzy mi się to, jak córka będzie starsza i będzie to dla niej znowu inne doświadczenie), to prawdopodobnie weźmiemy wersję dwudniową.
ciociajagna 21 sierpnia 2016 17:46 Odpowiedz
Dzięki bardzo za tę relację, bardzo pomocna w planowaniu :) Pozdrawiam i życzę wielu udanych rodzinnych wyjazdów :)
zawiert 23 sierpnia 2016 13:25 Odpowiedz
@ciociajagna Dziękuję. Właśnie rozpoczęliśmy kolejny epizod naszego podróżowania; tym razem coś z zupełnie innej beczki - Ameryka Środkowa.
blueshellcondo 3 października 2016 22:14 Odpowiedz
Pierwszy raz nasz syn był z nami w Tajlandii jak skończył 3,5 miesiąca. Szczepiony był standardowo (szczepienia niemowlęce) plus meningokoki. Oczywiście wybraliśmy Phuket (pierwszy raz w naszym wypadku to był stacjonarny wypad). wybraliśmy hotel na Rawaii. A że jesteśmy powsinogi, to po 2 dniach wynajęliśmy samochód i zrobiliśmy prawie 2000 km po okolicach Phuketu, Krabi plus wycieczka na James Bond Island. Potem bylismy na wypadzie płn Tajlandia + Laos jak miał 6 mc. Dorobilismy szczepienie na pneumokoki. Standardowo - repelenty kupujemy na miejscu, zazwyczaj naturalne na bazie trawy cytrynowej.Młody był już w Tajlandii 5 razy. We wrześniu skończył 3 lata. Jak ktoś ma pytania dotyczące podróży z dzieckiem w wieku kilku mc - do 3 lat :) służę pomocą.
zawiert 21 lutego 2017 22:07 Odpowiedz
Myślicie, że spakowanie pięcioosobowej rodziny do plecaka 60 l. to wyczyn? Za 5 dni ruszamy na 3 tygodnie do Panamy. Mamy zamówienie na przywiezienie z Polski:- kompot owocowy- jagody, najlepiej takie zasypane cukrem w słoiczku- maliny i czereśnieI teraz wszystkie te zamówienia muszę urealnić, spakować do plecaka i jeszcze zmieścić ubrania dla całej rodziny. I całą masę innych prezentów. Relacja - raczej po powrocie ;)
asiasz 22 lutego 2017 05:48 Odpowiedz
No to miłej podróży :-)
bozenak 24 lutego 2017 19:22 Odpowiedz
Trzymam kciuki za rodziców ;) :D ;) :D , pozdrawiam agentk :P i, życzę miłej podróży i czekam na relację. :P :P